Dziś JESTEM szczęśliwa, tak po prostu, najłatwiej, najcudowniej, najsłodziej. Dziś miałam przy sobie przyjaciół, miałam obok ludzi, których kocham, którzy mnie kochają, wspierają, szanują i rozpieszczają. Miałam niespodziewankę, jakiej świat nie widział! Prawie wypadek, konfetti i zdjęcia, i Ją, i wszystko, co najpiękniejsze. Brakowało mi słów. Brakowało mi tchu. Potrzebowałam łez. Tak wzruszona i szczęśliwa, i zaskoczona nie byłam chyba nigdy wcześniej. Spełniło się marzenie, którego nigdy nie traktowałam poważnie, choć poważne było... I było idealnie. Doskonale. Nie mogłam wymarzyć sobie tego piękniej. Inaczej - z pewnością, ale niczego tym kilku chwilom z przyjaciółmi nie brakowało. Tylko moich słów. Mojego oddechu.
Kocham... jak nigdy dotąd.
wtorek, 29 października 2013
sobota, 24 sierpnia 2013
Dziś czuję się szczęśliwa w nowy, zaskakujący sposób. Przeżyłam dziwną i kompletnie zakręconą noc, którą będę pamiętać już zawsze, a samo to jest ogromnym wyczynem. Ona i jej chłopak. Alko i przyjaciółka. Bałam się, ale ona była przy mnie, a on był spokojny, cały czas uśmiechnięty, wyrozumiały i po prostu miły. Było mi dobrze, bo mogłam robić wszystko, na co miałam ochotę. Jestem młoda i poczułam to, choć smak na języku już teraz nie jest tak przyjemny, jak był jeszcze kilka godzin temu. Ale cieszę się, że to zrobiłam, bo zawsze chciałam spróbować wszystkiego. Nic, co ludzkie, nie jest mi obce, prawda? Tak do tego podeszłam i nie żałuję, przynajmniej jeszcze nie, bo w poniedziałek porozmawiam z nią i być może dowiem się czegoś, co to zmieni. Ale teraz mam ochotę leżeć w łóżku i wspominać wszystkie wspaniałe noce w jej towarzystwie. Te, kiedy kochanie jej bolało, ale przede wszystkim te, gdy miłość do niej okazywała się najcudowniejszym, co mi się przydarzyło. Wczoraj w nocy kochałam ją szaleńczo, całym moim sercem, nie obawiając się niczego, a to, wbrew wszystkiemu, wcale nie bolało. Było mi dobrze... Tak chcę pamiętać ten wyjątkowy wieczór, długą noc i przedziwny poranek.
A więc Łeba ma swój ciąg dalszy. To, co się tam wydarzyło, jest już nasze i nic nie może tego zepsuć. Budujemy kolejne warte zapamiętania chwile, razem, silne, piękne, niepowtarzalne. Jesteśmy takie, wiem to, bo w nocy mówiła rzeczy, które to potwierdzały. Ona jest śliczna, mi mówi, że jestem śliczna, a gdy tak mówi, ja jej wierzę, choć śmieję się i droczę, twierdząc, że kompletnie zgłupiała. Albo gdy mówi mi, że mnie kocha, a ja odpowiadam, że ja ją bardziej... To powtarzamy za każdym razem, a gdy rozłączam się, chcąc, by stanęło na moim, słyszę jej dźwięczny śmiech i wszystko w jednej chwili staje się dokładnie takie, jakie powinno. Bo kocham ją, jak nikogo innego, ufam jej, jak nikomu innemu, przeżyłam z nią tyle, co z nikim innym. I wiem, że ja jestem dla niej tym samym, a ta świadomość jest budująca, rozkoszna, cudowna... O niej marzyłam przez lata. Mam ją i chcę ją doceniać. Wierzę, że potrafię. Wierzę, że ona to czuje.
Ta noc zostanie z nami. Uwielbiam tę pewność.
Dopisek: już wiem, że nie chcę, by męczyła się z podziałem czasu między mnie i niego, by musiała wybierać, wahać się i złościć. Chcę, żeby była prawdziwie, głęboko szczęśliwa, a to widziałam w każdym jej ruchu, gdy szykowała się do snu w ramionach ukochanego mężczyzny. Nie odbiorę jej tego, nigdy.
A więc Łeba ma swój ciąg dalszy. To, co się tam wydarzyło, jest już nasze i nic nie może tego zepsuć. Budujemy kolejne warte zapamiętania chwile, razem, silne, piękne, niepowtarzalne. Jesteśmy takie, wiem to, bo w nocy mówiła rzeczy, które to potwierdzały. Ona jest śliczna, mi mówi, że jestem śliczna, a gdy tak mówi, ja jej wierzę, choć śmieję się i droczę, twierdząc, że kompletnie zgłupiała. Albo gdy mówi mi, że mnie kocha, a ja odpowiadam, że ja ją bardziej... To powtarzamy za każdym razem, a gdy rozłączam się, chcąc, by stanęło na moim, słyszę jej dźwięczny śmiech i wszystko w jednej chwili staje się dokładnie takie, jakie powinno. Bo kocham ją, jak nikogo innego, ufam jej, jak nikomu innemu, przeżyłam z nią tyle, co z nikim innym. I wiem, że ja jestem dla niej tym samym, a ta świadomość jest budująca, rozkoszna, cudowna... O niej marzyłam przez lata. Mam ją i chcę ją doceniać. Wierzę, że potrafię. Wierzę, że ona to czuje.
Ta noc zostanie z nami. Uwielbiam tę pewność.
Dopisek: już wiem, że nie chcę, by męczyła się z podziałem czasu między mnie i niego, by musiała wybierać, wahać się i złościć. Chcę, żeby była prawdziwie, głęboko szczęśliwa, a to widziałam w każdym jej ruchu, gdy szykowała się do snu w ramionach ukochanego mężczyzny. Nie odbiorę jej tego, nigdy.
niedziela, 23 czerwca 2013
Dziś wszystko mi się układa - gwiazdy sprzyjają mi na każdym kroku, od samego ranka. Tak, wiem - nie chwal dnia przed zachodem słońca, ale ostatnie ciepłe blaski już znikają z nieba i wiem, że nic nie może się już zmienić. Tak, dziś jestem szczęśliwa, ale dopiero teraz czuję pełnię, czuję się nasycona i tak lekka, jakby nic nie mogło sprawić, bym spadła z chmur, na których teraz się unoszę. Bo ja i moje przyjaciółki, wszystkie, ten jeden raz - jesteśmy szczęśliwe. Życie dawało nam w kość na różne sposoby, ale teraz coś się zmieniło, coś "pyknęło" i możemy cieszyć się młodością, miłością i latem. Dochodzę do wniosku, że to najpiękniejsze połączenie, jakie w ogóle istnieje. Moc jest z nami.
Kocham.
czwartek, 16 maja 2013
Dziś jest jeden z tych dni, gdy czuję się samotna i wiem, że nic nie mogę z tym zrobić. Moje przyjaciółki toną w ramionach swoich mężczyzn, dosłownie lub w snach na jawie, uśmiechając się z rozmarzeniem i nie myśląc o mnie. Nie poświęcając mi ani jednej myśli... Czuję, że to założenie błędne, bo przynajmniej dwie z nich myślą o mnie teraz. Wiem, że jestem dla nich ważna, ale i tak jestem zazdrosna o ich towarzyszy, którym powierzają coś więcej, niż mi. Ja mam ich sekrety, rozterki i problemy. Oni mają ich ciała, ich dusze, ich bezwarunkową miłość... Właściwie nie wiem, czego im zazdroszczę, bo przecież doceniam to, co mam i naprawdę lubię to, co mam. Lubię tequilę, zumbę i stolik przy oknie w LSC. Lubię smsy, wielogodzinne rozmowy przez telefon i te nad filiżanką aromatycznej kawy. Więc chyba nie chłopakom zazdroszczę, a dziewczynom właśnie. Bo mają komu oddać swe ciała, dusze i bezwarunkową miłość. A ja nie. Ja jestem sama, samotna, w tej chwili nawet trochę opuszczona, ale... to minie. Jutro znów będę miała moje przyjaciółki i znów będę mogła się uśmiechać, śmiać i na głos zastanawiać, jak to będzie w Paryżu...
Kocham.
Kocham.
czwartek, 11 kwietnia 2013
Dziś rozpaczliwie potrzebuję kogoś do kochania - kogoś, kto będzie potrafił mnie przytulić, pogłaskać po policzku i skłamać, że świat jest piękny. Albo uczynić ten świat pięknym specjalnie dla mnie. Potrzebuję kogoś, kto mnie nie zniszczy, a jedynie uzupełni, pozwoli pokazać całą mnie, wszystkie atuty i zalety, ale także wady, pomoże je naprawić. Albo kogoś, kto jedynie będzie, nie dając z siebie zbyt wiele, podsuwając ramię pod zmęczoną głowę i wysłuchując niekończących się słowotoków, i milcząc razem ze mną. Nie mam wygórowanych wymagań - pragnę odrobiny ciepła i miejsca w tym mieście, gdzie nie przecież nie wolno być samotnym!
Na nadchodzący tydzień:
piątek, 5 kwietnia 2013
piątek, 29 marca 2013
Dziś zawierzam Bogu swoje życie, choć nie jest to ani łatwe, ani tym bardziej przyjemne. Daje tę wewnętrzną radość i siłę, ale odbiera energię z ciała, energię życia, energię dnia, bo oznacza utratę wszystkiego, co kocham lub co chciałabym pokochać. To boli, ale wiem, że to cierpienie jest konieczne, niezbędne, by ruszyć z miejsca. Rozumiem to dziś i chcę rozumieć już zawsze, przekazywać dalej i uczyć. Myślę o dołączeniu do Oazy, ale to dla mnie, odtalentowionej, chyba nie najlepszy pomysł. Coś innego wykombinuję dla siebie, jak zawsze.
Zawierzam.
środa, 27 marca 2013
Dziś w głowie mam mętlik, bałagan - trwogę i ból w doskonałych proporcjach. Rozum podpowiada coś zupełnie przeciwnego, mówi o spokoju ducha, o nadziei, o ufnym patrzeniu w przyszłość. To cierpiące serce walczy o coś innego, tłumaczy, domaga się swoich praw i uparcie podkreśla racje, których w tej rozgrywce, wbrew pozorom, ma całe mnóstwo. Bo kocham. Czuję, że kocham to, co zdążyłam poznać, te urywki, które dane mi było zobaczyć i właśnie obdarzyć jakimś cieplejszym uczuciem. Kocham, kocham. Kocham! Tak cudownie brzmi to proste słowo, że moje serce drży, chcąc wyrwać się w stronę MDK-u, psychodelicznych obrazków, szalejącej w bębenkach, rozpalającej ciało muzyki. Do niego, który może jeszcze nie czeka, ale przynajmniej wie o moim istnieniu. Nie zależy mu - to przypomina rozum. Nie wie, o co chodzi. Nie zna cię. Ale pozna, walczy trzęsące się w swoim zakątku serduszko. To boli, ale zawalczymy, upiera się. I, niestety, wygrywa tę walkę, która mnie już zmęczyła, do której nie mam cierpliwości. Ona ma. I ma ta iskierka we mnie, która mówi, że to coś innego, coś więcej, coś realnego, bliskiego, coś prawdziwie ważnego. Naprawdę chcę w to wierzyć, ale... boję się. To również rozumie moja kochana wspomożycielka, ale jeszcze nie akceptuje konsekwencji. Są dla niej zbyt wielkie, zbyt wymyślne i zbyt... moje. Zaufam jej jednak.
Pomyślmy:
poniedziałek, 25 marca 2013
Dziś znów jestem sobą, ale dokładnie tą, którą zawsze chciałam być. Dziewczyną, która potrafi zyskać sobie sympatię ludzi wokół siebie, jest wytrwała, wewnętrznie silna, jednocześnie ciepła, przyjacielska i słodka jak miód... Wiem, nie brzmi to dobrze, słyszę, jak brzmi, ale to mi nie przeszkadza. Uwielbiam uśmiechać się oszczędnie i nie przesadzać ze słowami. To znów nie brzmi dobrze, bo to nie jestem ja, nie ta, którą znają wszyscy moi bliscy, ale co z tego? Dobrze mi. Słodko, oczywiście, ale dziś już w nieco inny spokój. Od środka. Z samej głębi, z samego dna mojego jestestwa, z niewyczerpanego źródła... Bo to zewnętrzne dziś nie pojawiło się w zasięgu wzroku. Na nie również czekam z drżeniem serca.
Next:
niedziela, 24 marca 2013
Dziś znów wszystko ma sens. Może tylko przez chwilę, może przez przypadek, ale odzyskałam cel. Jakiś. Niemrawe światełko na końcu tunelu, które, oczywiście, prowadzi, ale jeszcze nie oświetla całej drogi. To nic. Nie boję się, bo nie jestem sama, już nie. Zyskałam nie tylko towarzyszy w tej podróży, ale także prawdziwych przyjaciół, coś głębszego niż tolerancję czy sympatię. Miłość. Uczucie, które znam, które wyciska mi na ustach uśmiech i wprawia ciało w drżenie. Mam przy sobie tych, którzy mnie kochają, każdy na swój sposób, każdy doskonale. I znów jestem szczęśliwa, ale tym razem jest to uczucie łatwiejsze, przeżycie już nieomal jedynie wewnętrzne. Dobre i ciepłe, i znów... słodkie. I wiem, jak mam się nim dzielić, by nikogo nie ranić. Wiem, kto będzie chciał go ze mną smakować. Wykorzystam tę wiedzę.
Make it happen:
piątek, 22 marca 2013
Dziś nie ma Romy i nie ma mnie. Nie istnieje wczoraj. Nie ma jego, jej i świata. Coś jest, ale jeszcze powstaje, jeszcze ewoluuje, jeszcze nie jest określone. Więc chyba jednak nie istnieje. Coś boli i coś ciśnie się do oczu, coś kołacze w głowie i coś brzęczy w uszach, ale to wszystko to... nic. Bo nie ma mnie. Nie chcę dziś być. Na pewno nie teraz.
Jestem niezła z matmy. Radzę sobie ze skomplikowanymi obliczeniami i znam najróżniejsze twierdzenia, potrafię wyprowadzać dowody i tworzyć na własny użytek potrzebne wzory. Okazuje się jednak, że to bardzo niewiele w porównaniu do ich wyszukanej matematyki, która rządzi się własnymi prawami. Nie istnieje w niej znak równości, a plus to wcale nie plus, a raczej jakaś kosmiczna potęga. Nie ma ułamkowych kresek i pierwiastkowania. Coś jest, ale właściwie bez logiki, bez tej podstawy, która tworzy naukę. W tym wszystkim ja - zagubiona, licząca nieporadnie na palcach, pocąca się nad prostym: 1+1. Bo to wcale nie jest takie oczywiste.
Nie ma dziś mnie. Stworzę się.
Ścieżka:
czwartek, 21 marca 2013
Dziś mnie nie ma.
Dziś przeżyłam dobry, szczęśliwy dzień, choć na własne życzenie poprzedziłam go godzinami zdenerwowania, niepokoju, ale także podekscytowania, ale nie tego zupełnie pozytywnego. Było trudno przejść z poziomu "nie" na "tak, chętnie", ale okazało się, że to nie jest niemożliwe. Ba! To stało się dla mnie całkiem łatwe, wręcz naturalne, bo w chwili, gdy uśmiechnęłam się i spojrzałam w te ogromne źrenice (jej, nie jego - on ma ogromne rzęsy, to trzeba zapamiętać!), całe napięcie ustąpiło. No, prawie całe, ale to, które zostało mi w rękach i za mostkiem, było dobre, łaskawe dla mnie - motywujące i dodające siły, wyciskające na ustach uśmiech.
Dziś przeżyłam dobry, szczęśliwy dzień, choć nie czułam tego w ten sposób jeszcze kilka godzin temu. Wtedy wytykałam sobie błędy i w myślach nazywałam siebie idiotką. Wtedy krzywiłam się i pytałam: jak? jak na mnie patrzył? jak mnie ocenił? jak bardzo mnie polubił? Mnożyłam znaki zapytania, bo przesadnie się z nimi w tamtej chwili zaprzyjaźniłam, ale również one odeszły. Odgoniłam je sama, siłą woli. Coś niespotykanego, prawda? A jednak. I wtedy to nie Roma, a ja poczułam się silna.
Dziś mam dobry, szczęśliwy dzień. Wiem, że nie było doskonale i wiele momentów mogłam poprowadzić inaczej, ale czasu nie cofnę i błędów tego pierwszego spotkania nie zatrę. Było jednak wystarczająco dobrze, żebym mogła być z siebie dumna, ale też żebym miała co wspominać - jakiś uśmiech, jakąś przybitą piątkę, jakieś (!) podkręcone rzęsy. Było tak, jak powinno być, zwyczajnie i swobodnie, a to cieszy, cieszyły pytania i wątpliwości, cieszy teraz stoicki, choć uśmiechnięty spokój. Tak miało to wyglądać, tak to wyszło. Prawie idealnie. Prawie najlepiej. Po mojemu. Albo tak, jak ona to sobie zaplanowała - tego nie określę.
Dziś czułam pod nogami twardy, pewny grunt. Tylko przez chwilę, bardzo niewystarczająco, ale poczułam smak pewności siebie i swobody, poczułam dumę i radość - cały wachlarz wrażeń, których potrzebowałam, których łaknęłam jak tlenu. To było coś, z czego mogę się cieszyć teraz i co powinnam zapamiętać na przyszłość. Nie jego. Nie ją. Nie tequilę wypitą w szkolnej toalecie. To. Siebie.
Idźcie i...
środa, 20 marca 2013
Dziś jestem spokojem, choć jest tak dopiero od niedawna. Rano byłam wulkanem pozytywnej energii, biegającym po korytarzach ze świeżo pomalowanymi paznokciami i oczyma ustrojonymi w kolory wiosennych traw. Byłam radosnym, roześmianym dzieciaczkiem ze starannymi notatkami w dłoniach i włosami, które służyły za zasłonę albo ochronę, sama nie wiem. Miałam w sobie to coś: iskierkę pewności siebie i małą, drobniutką drzazgę niepewności, tak niewielką, że niemal niezauważalną i niewyczuwalną. Potem wszystko runęło. Błysk i krzyk. A potem kolejne chwile kompletnego szału, zagubienia i strachu, które wreszcie, z dziwną, znalezioną gdzieś głęboko łatwością, zdołało przerodzić się w to. W spokój. W taki spokój, jakiego chyba nie znam, bo przecież serce bije mi w piersi jak oszalałe, a dłonie drżą, ale w głowie nie mam bałaganu. Tam mam spokojnie, bo chyba wiem, co będzie.
A będzie tequila i będzie ona, więc nic mi się nie stanie. Będą na nowo pokryte lakierem paznokcie i starannie rozdzielone rzęsy, i uśmiech, i wymuszana z całych sił swoboda. Będzie dobrze - w to wierzyłam i wciąż staram się wierzyć, choć teraz znów nic już nie wydaje mi się łatwe. Coś zgubiłam w ostatnim minutach i nie wiem, gdzie tego szukać. Czy we łzach, które nagle zbierają się pod zieloną kredką? Mam nadzieję, że nie. Biorę głęboki wdech. Potem następny. Ból serca nie ustępuje, ale cała reszta już tak. Niczego nie analizuję. Nie walczę i nie obiecuję sobie zbyt wiele, bo cierpienie nie jest już dla mnie. Nie chcę popadać ze skrajności w skrajność, choć taki już chyba mój los - zewnętrzny ekstrawertyk zabiera głos! Cichy introwertyk z środka szybko zregeneruje siły. Więc nie boję się, nie panikuję, a przynajmniej nie tak, jakbym mogła, ani tak, jak niedługo będę. Zaraz rozdzwoni się telefon, a wtedy znów wszystko się posypie. Nie będzie porządku. Będzie coś innego. Pytania. Odpowiedzi. Albo i nie.
Nie chcę dawać sobie możliwości gdybania i marzenia, bo to dla mnie zbyt wiele. Może wizje zawsze przerastają rzeczywistość, w jedną lub drugą stronę, a choć jestem do tego przyzwyczajona, tym razem wolę nie przesadzać. I nie zapeszać. Tak, wierzę, że coś będzie, ale jeszcze nie wiem, co takiego. Mam nadzieję, że coś dobrego i... słodkiego. Tego potrzebuję, to mi się należy za wszystkie te lata samotności bolesnej, dotkliwej, głębokiej. Nie chcę już być sama z sobą, a teraz mam nadzieję na to, że tak nie będzie. Przynajmniej teraz. Przynajmniej na razie.
Na dziś - optymistycznie:
Kochać to znaczy mieć tę wytrzymałość,
która pozwala przechodzić przez wszystkie stany,
od cierpienia do radości,
z tą samą intensywnością.
Éric-Emmanuel Schmitt
wtorek, 19 marca 2013
Dziś czuję się jak sprzeczność. Jednocześnie jestem małą dziewczynką, która potrzebuje opiekuna i przewodnika, i dojrzałą kobietą, która nie potrzebuje nikogo. One dwie nie walczą - żyją we mnie razem, wspólnymi siłami budując zarówno codzienną mnie, jak i Romę, choć ta zdecydowanie lepiej dogaduje się z naszą pewną siebie kobietą, bo jest taka, jak ona. Dziwnie mi z tym. Nie wiem, kim jestem. Nie wiem, co robię. Boję się, choć znam swoje możliwości. Walczę, choć znam swoje możliwości. Kulę ogon, choć znam swoje możliwości. Gubię się...
Było mi dobrze. Czułam go, miałam ten swój radar, więc wodziłam spojrzeniem po twarzach i sylwetkach, by wyłapać jedną postać, której widok wywoływał motyle w brzuchu i nieopanowany uśmiech. Było mi dobrze, bo wiedziałam, że to poprawi mi humor w jednej chwili, że mnie uskrzydli, a nawet nieco rozproszy, ale to też było miłe. Lubię go i lubię to, co dzieje się ze mną, gdy jest blisko. Znów mi słodko. Znów mi gorzko. Jakoś mi tak sprzecznie, a nawet tego nie potrafię ocenić - czy to dobrze, czy źle, czy tragicznie, czy rozczulająco! Gdzieś w tym się tracę, choć liczę, że paznokciami i makijażem gdzieś podkreślę swoje istnienie.
Jakoś. Bez planu i bez żadnej decyzji podjętej raz, konsekwentnie mnie prowadzącej. Nie, oczywiście, że nie, bo ja muszę się wahać, zastanawiać i rozkładać wszystko na czynniki pierwsze. Muszę też utrudniać sobie życie i walczyć z wiatrakami, bo, no cóż, chyba to lubię. Już sama nie wiem... Tak, w tych kwestiach jestem jak ta dziewczynka, bo rozpaczliwie pragnę kogoś, kto chwyci mnie za rękę i powie: już dobrze, zrób ten mały kroczek. A potem pociągnie dalej, nauczy biegać, puści dopiero, gdy pofrunę. I złapie, gdy z łoskotem będę zwalać się w dół. Bo wiem, że będę! Tylko przez moment, tam, na samym szczycie, w pełni będę kobiecą mną, ale zmęczę się. Za dobrze siebie znam, by nie wiedzieć...
A może nie? Może tym razem będzie inaczej? Może zawalczę i postaram się trochę bardziej, może zacznie mi zależeć, więc doprowadzę sprawę do końca? Będę malować co drugi dzień paznokcie i pisać setki wiadomości? Będę słodka, powabna, zawsze nienagannie ubrana i pomalowana, z rozpuszczonymi włosami, z wyuczonymi ruchami kota, z zaczepnym uśmiechem? Chciałabym...
Hasło na dziś, bo tak:
poniedziałek, 18 marca 2013
Dziś jestem aniołem, któremu podcięto skrzydła. Jeszcze stoję o własnych siłach, ale w każdej chwili mogę upaść, a wiem, że wtedy już nie wstanę. Nie latam, bo ktoś zechciał pożyczyć sobie moje pióra i zrzucić mnie na ziemię. Nie polecę, bo nikt nie odda mi swoich skrzydeł i nie nauczy, jak się nimi obsługiwać. Wiem to, ale wciąż łudzę się nadzieją, że jednak, że jakoś, bo nie chcę być z tym sama. Boję się opuszczenia, boję się tej mnie, która zostaje sama i snuje swoje rozmyślania. Ponure. Nieprzyjemne. Gorzkie. Przez ostatni tydzień towarzyszyła mi słodycz, ale zabrano mi ją razem z pięknymi, barwnymi skrzydłami, które niosły hen, daleko...
Teraz wiem, gdzie podążam. Szukam dla siebie równowagi, by nie popadać ze skrajności w skrajność - wiem już, jak niebezpieczny jest ten stan. Nie chcę jednak definicji spokoju, chcę czegoś innego, nowego, łagodniejszego i... słodszego. Chcę bezpieczeństwa i do niego brnę przez zaspy połamanych piór i podeptanych nadziei, bo wiem, że gdzieś je znajdę. Wiem, gdzie podążam. Może jeszcze nie wiem, kto będzie mi towarzyszył ani jaki będzie udział moich bliskich, ale ja już mam cel. Znowu, wciąż, obojętne. Chcę TEGO, bo wiem, że wtedy będzie mi dobrze, zawsze i mimo wszystko. Nawet, gdy będę płakać. Nawet, gdy znów zacznę się bać. Nawet, gdy poczuję się opuszczona. Wtedy będę pamiętać, że spełniałam marzenia, że dążyłam do nich, a więc pokochałam i straciłam. Ale też zyskałam! Tak, jestem w tej chwili egoistką, ale cóż z tego? Nikogo to nie obchodzi! Może tylko mnie, teraz, gdy uświadamiam to sobie z całą mocą, ale... pieprzyć to! Do odważnych świat należy, tak to było, prawda?
Dziś mam w szufladzie nowy lakier i pasującą do niego kredkę, mam paletę cieni, którymi nauczę się obsługiwać, a do szafy włożyłam przed chwilą parę butów, które doskonale będą pasować no mojego płaszczyka i torebki... Dziś poczułam się kobietą, tą zadbaną mną, o której jeszcze niedawno myślałam, że nie ma prawa bytu. Malowanie, strojenie, wszystkie te babskie sztuczki i zabiegi, nie tyle były mi obce, co wydawały się zupełnie zbędne. Teraz mam na nie siłę i ochotę. Tak samo jak na ćwiczenia i zdrową dietę, by wcisnąć się w mniejszy rozmiar już przy kolejnych zakupach. By lepiej poczuć się we własnej skórze. By się podobać pewnie też, choć głupio mi o tym myśleć i się do tego przyznawać, ale one już wiedzą, moje mądre dziewczynki. On się nie dowie. Nie, że dla niego. Dla mnie. Już zawsze.
Dobre słowo na dziś:
niedziela, 17 marca 2013
Dziś jestem snem. Roma śpi, a ja jej się śnię, bo to jest to pragnienie, którego dotąd nie potrafiła spełnić. Od dziś będzie inaczej. Jestem snem, więc mogę wszystko, potrafię wszystko i wszystko wiem. Siadam na niskiej ławce pod lustrzaną ścianą, przechylam głowę i podziwiam dzieło, które tworzy się sekundami tuż przed moim nosem - synchronizację ciał, ich łagodne połączenie, muzykę i echo. Śnię się więc taka, która potrafi tańczyć i nie boi się założyć plisowanej spódniczki. I taka, która pije tequilę, by potem śmiać się do utraty tchu. I jeszcze taka, która potrafi się całować - która całuje jak jedyna na świecie. Śnię się Romie, a rano obudzę ją szeptem cichszym od oddechu: on.
Dawno nie uśmiechałam się tak, jak teraz, nie bojąc się tego grymasu. Nie wiem, czy kiedykolwiek uśmiechałam się do autobusowej szyby, jak zrobiłam to dziś, tak szczerze i pewnie, jakby do mnie należał cały świat, a przede wszystkim ten tu, mijany za oknem. Moje drzewa, moje samochody i moje ptaki na rozkosznie błękitnym niebie. Mój świat, w którym rodzi się coś wspaniałego, coś, czego pragnęłam z całego serca, a choć tego nie znałam, to tęskniłam. Teraz wiem już, co to takiego, poznałam smak dzikiej ekscytacji, więc wiem, jak ruszyć dalej, by wszystko doprowadzić do szczęśliwego finału. A nawet, jeśli ja tylko udaję, że wiem, to ona wie i pokieruje mnie, jak ślepca: dwa kroki do przodu, wspięcie na palce, pocałuj. Wracaj do mnie, bo ja też cię kocham. Też... Najsłodsze słowo świata. Pożądam go.
To nie zakochanie czy miłość mnie nakręca. To nawet nie pragnienie czy jakaś mglista wizja. Ani nie plan. Ani marzenie. To coś zupełnie innego, coś, co dotąd znałam z filmów i z własnych opowiada. Pragnienie życia. Tego pełnego: jasnego, które nie wyklucza ciemności; o ogromnej amplitudzie wzlotów i upadków; alkoholowego, przyjacielskiego, imprezowego, roztańczonego... Jakiekolwiek nie miałoby ono być! Chcę wiedzieć, co to znaczy kochać i tracić, walczyć i wygrywać, przegrywać i cierpieć. Chcę mieć wspomnienia, tworzyć je barwną farbką, której nie zamrze czas, która wyryje mnie na nowo. Chcę powstać z prochu, więc stwórzcie mnie, kochani, napiszcie od nowa, wyliczcie, otrzymajcie, narysujcie, odnajdźcie, określcie, poprawcie, naznaczcie, wymyślcie, przebierzcie, ubierzcie, rozbierzcie... A potem pokochajcie.
Ewangelia na dziś:
Dziś mam swój cel i wiem doskonale, kim jestem. Dziś nie jestem rozmazana, nie jestem fajtłapą ani głupkiem, ale jestem debilem - tym o pozytywnym, słodkim zabarwieniu błękitu. Jestem Kurczaczkiem i mam piękny uśmiech, jestem śliczna, mam wroga i sprzymierzeńca, mam syna i niesamowitych rodziców. Dziś jestem szczęśliwa, jak nie zdarzyło mi się to od dawna - szczęśliwa w prosty, zupełnie nieskomplikowany sposób, jak dziecko, które docenia chwilę zabawy na drabinkach i lepienie piaskowych babek. Jak dawna, zapomniana ja, która nigdy nie lubiła powagi, ale kochała się zgrywać i udawać, że ma poczucie humoru.
Ten dzień, podobnie jak dni mijającego tygodnia, zlewa mi się w jedno - w krótki, ale niezwykle silny zlepek czterech liter, w słodycz, jaką zostawia on na moim języku, w drżenie rąk i nieustający ból brzucha. I w nią, choć tego jeszcze staram się nie analizować, bo zbyt szybko, zbyt gwałtownie, zbyt entuzjastycznie. Cierpi ta głęboka ja, która nie do końca wie, co się z nią dzieje, ale też boi się tego. Cieszy się Roma, moje radosne i energiczne alter ego, które doskonale wie, czego mi trzeba. Czy na pewno? Tego nie mogę być pewna, ale, jak mówi ona, mam te moje naście, by szaleć. Więc szaleję. Teraz po cichu, wśród moich, jeszcze dość skromnie, choć świat mi się wali, a jego porządek przestaje mieć sens. A niedługo, mam nadzieję - i staram się wierzyć jej słowom - będę robić to z okrzykiem: pierdolę! do odważnych świat należy! I boję się, och, boję się, ale kiedy się nie boję? Właśnie tak. Więc zaufam, postaram się, bo to imię towarzyszy mi nieustannie, w snach i na jawie, pod prysznicem i w autobusie, nad talerzem zupy i nad zeszytem z polskiego. A najbardziej wtedy, gdy ona jest obok. Albo gdy z głośników płyną stworzone jego palcami dźwięki. Albo te inne dźwięki, które pachną słodyczą.
Jest mi słodko. Mam kaktusowego syna, którym będziemy się wymieniać, mam nasze soboty i spacer po całym mieście, mam naszego jego, mam te podobieństwa, te różnice, te kłótnie, te jointy... Mam dużo, więc jest mi słodko, bo zapomniałam już, że tak może być. A mogła być tequila w szkole, miareczkowanie z zapachem jej włosów, wahania i decyzje, godziny na tyłach auli... I będzie. Będzie koncert, tańce (samba, którą on tak zabawnie tańczy!), rozmowy, wycieczka... W jakiejś kolejności. Z jakimiś następstwami. Albo i nie. Albo nie będzie niczego! Tylko tę radość i ekscytację chcę pamiętać, chcę by nikt nie mógł mi jej zepsuć, bo jest moja. Chciałam napisać: tylko moja, ale to nieprawda, bo jest także jej. Nie tkwię w tym sama, co brzmi niezwykle pocieszająco! I cieszę się, szczerze się cieszę z drżących dłoni, bólu brzucha i ciarek na plecach, a nawet z nieprzespanych nocy. Bo tak to ma wyglądać. Bo mam naście i będę odważna.
Hasło na dziś:
Subskrybuj:
Posty (Atom)

