środa, 20 marca 2013

Dziś jestem spokojem, choć jest tak dopiero od niedawna. Rano byłam wulkanem pozytywnej energii, biegającym po korytarzach ze świeżo pomalowanymi paznokciami i oczyma ustrojonymi w kolory wiosennych traw. Byłam radosnym, roześmianym dzieciaczkiem ze starannymi notatkami w dłoniach i włosami, które służyły za zasłonę albo ochronę, sama nie wiem. Miałam w sobie to coś: iskierkę pewności siebie i małą, drobniutką drzazgę niepewności, tak niewielką, że niemal niezauważalną i niewyczuwalną. Potem wszystko runęło. Błysk i krzyk. A potem kolejne chwile kompletnego szału, zagubienia i strachu, które wreszcie, z dziwną, znalezioną gdzieś głęboko łatwością, zdołało przerodzić się w to. W spokój. W taki spokój, jakiego chyba nie znam, bo przecież serce bije mi w piersi jak oszalałe, a dłonie drżą, ale w głowie nie mam bałaganu. Tam mam spokojnie, bo chyba wiem, co będzie.
A będzie tequila i będzie ona, więc nic mi się nie stanie. Będą na nowo pokryte lakierem paznokcie i starannie rozdzielone rzęsy, i uśmiech, i wymuszana z całych sił swoboda. Będzie dobrze - w to wierzyłam i wciąż staram się wierzyć, choć teraz znów nic już nie wydaje mi się łatwe. Coś zgubiłam w ostatnim minutach i nie wiem, gdzie tego szukać. Czy we łzach, które nagle zbierają się pod zieloną kredką? Mam nadzieję, że nie. Biorę głęboki wdech. Potem następny. Ból serca nie ustępuje, ale cała reszta już tak. Niczego nie analizuję. Nie walczę i nie obiecuję sobie zbyt wiele, bo cierpienie nie jest już dla mnie. Nie chcę popadać ze skrajności w skrajność, choć taki już chyba mój los - zewnętrzny ekstrawertyk zabiera głos! Cichy introwertyk z środka szybko zregeneruje siły. Więc nie boję się, nie panikuję, a przynajmniej nie tak, jakbym mogła, ani tak, jak niedługo będę. Zaraz rozdzwoni się telefon, a wtedy znów wszystko się posypie. Nie będzie porządku. Będzie coś innego. Pytania. Odpowiedzi. Albo i nie.
Nie chcę dawać sobie możliwości gdybania i marzenia, bo to dla mnie zbyt wiele. Może wizje zawsze przerastają rzeczywistość, w jedną lub drugą stronę, a choć jestem do tego przyzwyczajona, tym razem wolę nie przesadzać. I nie zapeszać. Tak, wierzę, że coś będzie, ale jeszcze nie wiem, co takiego. Mam nadzieję, że coś dobrego i... słodkiego. Tego potrzebuję, to mi się należy za wszystkie te lata samotności bolesnej, dotkliwej, głębokiej. Nie chcę już być sama z sobą, a teraz mam nadzieję na to, że tak nie będzie. Przynajmniej teraz. Przynajmniej na razie.


Na dziś - optymistycznie:

Kochać to znaczy mieć tę wytrzymałość,
która pozwala przechodzić przez wszystkie stany,
od cierpienia do radości,
z tą samą intensywnością.


Éric-Emmanuel Schmitt

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz